Mistrzostwa Europy Ju Jitsu – Lubz, Niemcy – kwiecień 2008
Towarzysko bardzo, ale to bardzo miło. Poznaliśmy lepiej ekipę z Kobyłki (bardzo zabawni, mili ludzie), poznaliśmy Jasia, Mateuszka i ich Rodziców (również bardzo sympatyczni). Organizacyjnie impreza do d… Przyjęło się teraz powiedzenie „niemiecka impreza”, co równa się „czeski film”.
Bezpiecznie i szybko dojechaliśmy na miejsce, oczywiście dzięki kompletnej obsłudze pojazdu (kierowca, pilot i potomstwo obojga). Zakwaterowanie w miernym hotelu, ale zawsze to dużo lepsze niż noclegi na sali, na macie! To byłby koszmar. A tak przynajmniej własne łóżko, prysznic i pyszne śniadanie rano.
Seminarium pierwszego dnia raczej mało interesujące. Dlatego też fragmentarycznie w nim uczestniczyliśmy. Z mnichami z klasztoru zrobiliśmy sobie oczywiście pamiątkowe zdjęcie (ale oni też nie mówili po angielsku, za to o dziwo perfekcyjnie znali niemiecki).
Sam dzień zawodów przyprawiał nas o delirium. Bałagan, chaos, nikt nic nie wiedział i nikt nic nie rozumiał. I to nie z winy naszej nieznajomości języków – w porównaniu z Niemcami to my jesteśmy światowcy z salonów! Wspólnymi siłami udało nam się poważyć, zgłosić do zawodów i zapisać do odpowiedniej kategorii. O dziwo Niemcy z pobieraniem wpisowego (22 euro od zawodnika) nie mieli żadnych problemów.
Sędziowanie walk wołało o pomstę do nieba, chyba, że sędziowała ekipa polska. Niestety, zdarzało się to rzadko. Walczyć musieliśmy nie tylko z przeciwnikami, ale nierzadko również z sędziami. W sumie można powiedzieć, że wygraliśmy z jednymi z drugimi.
Bilans – czworo zawodników – pięć medali! Chyba nieźle!
Wojciech Dudkowski – złoto w grapplingu i brąz w sportowym ju jitsu
Michał Suchcicki – złoto w sportowym ju jitsu
Martyna Gudelska – złoto w grapplingu
Krzysztof Żebrowski – brąz w sportowym ju jitsu
Na zakończenie zawodów „otrzymaliśmy” od Niemców pamiątkowe koszulki i błyskawicznie (niecałe 10 godzin jazdy) znaleźliśmy się w kraju (czyli w Kobyłce). Po czułych pożegnaniach z przyjaciółmi z TJJJ wpakowaliśmy się do naszego cudnego Suzuki Swifta (swoją droga pojemna bestia, jak na takiego malucha) i wróciliśmy do domu. A potem były kwiaty, powitanie na lotnisku, orkiestra dęta wizyta u premiera, w zakładach pracy…itd…
Strona główna
Kontakt
